Max-Bajkowy

O ślimaku, który chciał wejść na drzewo

Ślimak o imieniu Fred bardzo pragnął wejść na drzewo, które stało na skraju łąki. Drzewo było wielgachne, sięgające prawie nieba. Jak dobrze się przyjrzeć, to prawdopodobnie muskało czasem obłoki i chmury. Słowem, było olbrzymie, ale przy tym bardzo okazałe i majestatyczne.

To był ponadstuletni dąb, a dostanie się na niego było marzeniem wielu żuków, chrabąszczy, wiewiórek i innych zwierzaków w okolicy. Było to także celem naszego bohatera. Fred wiedział jednak, że nie będzie to łatwe. Drzewo stało na samym skraju bardzo dużej łąki, pełnej głazów, oczek wodnych i krzaków, które trzeba było ominąć. Do tego czekał tam jeszcze strumyk, który trzeba było przebyć, a on nie umiał pływać. Nigdy wcześniej tam nie zawędrował.

Nasz bohater był młodym winniczkiem z muszlą w kolorze pistacjowym i cienkimi paskami w nieco ciemniejszej barwie. Miał prześliczne różki, a konkretnie czułki, a na ich końcu bardzo bystre oczy. Był trochę niedoświadczony, ale bardzo stanowczy w tym, co sobie zaplanował — wytrwały i, co najważniejsze, wiedział, czego chce.

Chciał wejść na wielkiego dęba, na sam jego wierzchołek, by stamtąd zobaczyć cały świat wokół. Fred był bowiem niesamowicie ciekawski. Jak postanowił, tak też zrobił. Powoli zaczął swoją podróż, sunąc po zwilżonych mchach, po kamyczkach i po ziemi, nad którą górowały wielkie źdźbła trawy i kwiaty. Wszystkie podziwiał, wielu z nich nigdy wcześniej nie widział.

Fred pełzł z wielką ochotą i chęcią poznania świata przez trzy dni i trzy noce, mijając po drodze ogromne połacie roślin, inne ślimaki i liczne owady, które czasem nawet machały do niego skrzydełkami. Tak mu się przynajmniej wydawało.

W pewnym momencie jego oczom ukazał się strumyk. Woda płynęła w nim bystrym nurtem i nasz bohater nie wiedział, jak pokonać tę szeroką barierę. Trochę się bał. Spojrzał na spienioną wodę i zawołał cichutko:
– Oj, drogi strumyku, proszę cię, zwolnij trochę, bo bardzo się boję, a muszę przejść na drugą stronę!
Nagle spośród szumu fal dobiegł go pluskający, wesoły głos:
– Nie mogę zwolnić, mój drogi przyjacielu – odparł szumiący strumyk. – Ale masz ode mnie patyk i liść, one ci pomogą!

Fred przypomniał sobie wtedy słowa swojego dziadka, że strach nie pomaga — trzeba sobie w życiu radzić, nie marudzić, tylko szukać sposobu na pokonanie przeszkód, a czasem traktować je jak zabawę. Obok leżał też duży liść. Fred postanowił tylną częścią muszli popchnąć go na skraj wody, wpełznąć na niego, a potem podarowanym przez strumyk twardszym patykiem odepchnąć się od brzegu.

Zrobił dokładnie tak, jak zaplanował, ale nie przewidział jednego: płynąc z nurtem, nie będzie mógł dopłynąć do przeciwległego brzegu. Do tego liść zaczął się obracać, a Fredowi aż zakręciło się w głowie. Na szczęście na środku stanu wody leżał większy kamień, do którego udało mu się dopłynąć i na niego wejść. Ale co dalej? — pomyślał. Siedział na kamieniu i siedział, aż nagle obok przepłynął kawałek drewna. Niespodziewanie sam się obrócił i na chwilę ustawił w poprzek strumyka, sięgając brzegu. Fred, w ogromnym pośpiechu, przeszedł po nim na drugą stronę.

Był bardzo zmęczony, lecz wciąż pragnął spełnić swoje marzenie, więc ruszył dalej w swoją ślimaczą podróż. Przebył pewien odcinek dróżki, po której skakały małe zielone żabki. Był w nie tak zapatrzony, że nie zauważył, kiedy dotarł tam, gdzie zmierzał — aż jego oczkom na czułkach ukazał się olbrzymi dąb.

Kolejnym zadaniem było wymyślenie, jak na niego wejść. Pewnie myślałby tak dalej, gdyby nie ruda wiewiórka, która przeskakiwała obok, szukając ziarenek i żołędzi. Fred odważył się, zebrał w sobie całą odwagę i zawołał:
– Przepraszam cię wiewióreczko! – zaczął cichutko. – Czy pomogłabyś mi spełnić największe moje marzenie?
– A cóż to za marzenie, mały podróżniku? – zapytała zdziwiona wiewiórka, chrupiąc żołędzia.
Fred opowiedział jej o swojej wielkiej tęsknocie za ujrzeniem świata z góry. Wiewiórka uśmiechnęła się ciepło, zgodziła bez wahania i na swoim puszystym grzbiecie, skacząc od gałęzi do gałęzi, zaniosła naszego marzyciela na sam wierzchołek.

Fred mógł teraz zobaczyć widok, o którym marzył. Dla niego było to coś niesamowitego. Dookoła pełno drzew, pagórków, oczek wodnych i spacerujących zwierzątek. Oglądał obłoki na niebie, wesoło fruwające ptaki, a także dzieci bawiące się na trawie — w tym takie jak ty, mój mały czytelniku: wesołe, radosne, roześmiane, spełniające marzenia, jak nasz dzielny i nieustępliwy bohater, ślimak Fred.

Bo marzenia spełniają się tylko wtedy, kiedy bardzo, ale to bardzo tego chcesz, myślisz o tym nieustannie, nie poddajesz się przeciwnościom i je realizujesz. Tylko wtedy.


Koniec
max.erado@gmail.com    2026